W dniu rozpoczęcia roku szkolnego odbyła się w Sosnowcu konferencja prasowa PJN, dotycząca programu partii w dziedzinie edukacji. Kandydat na posła - Krzysztof Haładus i kandydat na senatora - Andrzej Włusek przedstawili główne elementy programu.
Program edukacyjny PJN - Potrzeba szkoły obywatelskiej
1. Szkoła w pierwszej kolejności powinna być dla dzieci i ich rodziców. To oni są ich klientami usługi edukacyjnej. Obecnie rodzic w szkole czuje się petentem, a nie równorzędnym partnerem dyrektora czy nauczyciela w wychowaniu jego dziecka. Należy zdecydowanie wprowadzić takie mechanizmy, które zachęcą rodzica do współdziałania ze szkołą. Szkoła w zakresie wychowania musi mieć na uwadze proponowany przez rodziców system wartości.
Trzeba też wspierać wszystkie organizacje skupiające rodziców zaangażowanych w poprawę systemu oświatowego. Chcemy przywrócić władzę nad kształceniem swoich dzieci rodzicom poprzez wzmocnienie roli nadzorczej Rady Rodziców. To rodzice powinni też decydować o tym czy do szkoły pójdzie ich 6 - czy 7- letnie dziecko, a nie minister czy nawet Sejm.
2. Chcemy poprawić jakość nauczania w szkołach. Szkoły publiczne, których uczniowie uzyskują na egzaminach wyniki edukacyjne lub/i wychowawcze znacząco odbiegające od średniej na minus, powinny być zobligowane do przedstawienia programów naprawczych i ich realizacji. W przypadku braku poprawy powinien być wyznaczony zarządca, który wdroży taki program naprawczy.
3. Chcemy zwiększyć konkurencyjność między szkołami, bo tylko zdrowa konkurencja może dać lepsze efekty kształcenia:
a) zrównanie w prawach szkół publicznych i niepublicznych;
b) rzeczywista realizacja bonu edukacyjnego – pieniądze idą za uczniem, a nie za nauczycielem.
4. Powinniśmy zmodyfikować programy szkół w kierunku lepszego przygotowania absolwentów do funkcjonowania w gospodarce wolnorynkowej i podjęcia pracy lub własnej działalności gospodarczej:
a) praktyki w firmach i przedsiębiorstwach dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych;
b) lepsze i ciekawsze lekcje z podstaw przedsiębiorczości – wizyty w zakładach pracy, urzędzie skarbowym, gry edukacyjne, wprowadzenie i zwiększenie godzin podstaw prawoznawstwa;
c) zajęcia z praktykami biznesu, doradcami podatkowymi;
d) doposażenie i wzrost liczby i roli szkół technicznych.
5. Państwo, które nakłada obowiązek szkolny powinno w związku z tym zapewnić dostęp do podręczników:
a) dostępność podręczników w szkolnych bibliotekach;
b) dostępność do podręczników w wersji elektronicznej;
c) rzadsza zmiana podręczników w szkołach publicznych;
d) te same podręczniki w jednej szkole na tym samym poziomie nauczania;
e) nacisk metodyczny wobec nauczycieli na stosowanie i egzekwowanie korzystania z podręczników przez uczniów.
6. Nauczyciele i związana z tym jakość kształcenia i wychowania to kluczowy czynnik sukcesu w edukacji. Oznacza to postawienie wymagań wobec nauczycieli, przy jednoczesnym wsparciu ich kształcenia i doskonalenia zawodowego. Nauczyciele nie mogą być zostawieni samym sobie z realnymi problemami – przede wszystkim wychowawczo-porządkowymi, którym nie są w stanie sprostać. Każdy nauczyciel, zarówno w szkole miejskiej jak i pracujący na wsi, powinien mieć możliwość konsultacji metodycznej. Nie do końca też sprawdził się obecny system awansu zawodowego nauczycieli i wymaga korekty
7. Wsparcie dla niewielkich szkół, w tym społecznych – zwłaszcza w niewielkich ośrodkach, miejscowościach, gdzie pełnią one funkcję ośrodka kultury i integracji społecznej.
8. Udostępnienie bazy szkolnej – zwłaszcza sportowej - dla całego społeczeństwa w godzinach popołudniowych.
9. Zwiększenie wymiaru edukacji historycznej i patriotycznej.
Redakcja portalu Sosnowiec Online sosnowiec.info.pl nie
ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczanych przez użytkowników.
Jednocześnie zastrzega sobie prawo do kasowania wypowiedzi zawierających
treści zabronione przez prawo, wulgarne, obraźliwe lub promujące jakiekolwiek
usługi czy produkty, zawierające linki do innych stron internetowych, a także nie związanych z tematem artykułu.
Za moich czasów wszystkiemu była winna telewizja i kino, które odciągały młodzież od nauki.
Ach te diabelskie nowinki techniczne, gdyby nie one młodzi ludzie siedzieli by przykładnie na drzewach i liczyli liście.
Pomysł Rady Szkoły jest bardzo ciekawy i wart zastosowania, chociaż przy tak dużej ilości placówek oświatowych i stosunkowo nielicznej kadrze Wydziału Edukacji, będzie trudny do zrealizowania.
Kluczową jednak sprawą jest kwestia powiązania finansowania oświaty z jakością edukacji. Pełne wprowadzenie bonu oświatowego (częściowo już to funkcjonuje - tak jest dzielona subwencja oświatowa w skali kraju i tak w niektórych miastach (np. Sosnowcu) przydzielane są środki na płace - przyniosłaby obecnie negatywne rezultaty.Z kilu powodów.
Szkoły mają różne możliwości pozyskiwania pieniędzy od osób prywatnych. Łatwiej to zrobić placówce położonej w centrum miasta niż na jego peryferiach. Na dodatek pozyskanie środków unijnych czy ministerialnych oprócz wkładu własnego wymaga też wstępnego kosztownego przygotowania wniosku na co żadna placówka z własnych środków pozwolić by sobie nie mogła.
Szkoły mają zaplecze. Przy niektórych są baseny, przy innych hale sportowe, boiska ze sztucznej nawierzchni, lepsze lub gorsze jest wyposażenie w sprzęt komputerowy. To bardzo często efekt zapadających teraz i w przeszłości w sposób arbitralny, niekiedy w wyniku nacisków lobbystycznych, decyzji władz samorządowych. Tym samym już na wejściu są szkoły bardziej i mniej atrakcyjne, mające większe i mniejsze atuty i możliwości pozyskiwania pieniędzy zewnętrznych. Zresztą jeżeli chodzi o baseny to konieczność ponoszenia przez szkołę pełnych kosztów ich utrzymania byłaby prawdiwym dopustem bożym, który szybko spowodowałby bankructwo placówki. Dlatego też ewentualne wprowadzenie bonu musiałoby być ograniczone tylko do kwestii płacowych z wyłączeniem pozostałych.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat nastąpił ogromny wzrost poziomu formalnego wykształcenia Polaków. I jednocześnie ogromny spadek poziomu wykształcenia. Powodów jest wiele. Młodzież ma obecnie o wiele mniej czasu na tak przyziemne sprawy jak nauka. Złodzieje czasu - puby, galerie, komórki, internet - powodują, że na odrobienie lekcji, o dodatkowej lekturze nie wspominając, czasu już nie starcza. Zdanie matury w porównaniu chociażby z moimi czasami to pestka. Ja musiałem zdawać dwa pięciogodzinne egzaminy pisemne i cztery ustne. Teraz wystarczy uzyskać 30% ze stosunkowo prostych testów z języka polskiego, matematyki i języka obcego w części pisemnej oraz 6 punktów z języka polskiego i obcego w części ustnej. A mimo tego dla wielu jest to bariera nie do przeskoczenia. Dla przeciętnie inteligentnych nie stanowi to jednak większej trudności. A ponieważ najczęściej do niczego więcej się one nie przydają, to po co się wysilać? Teoretycznie rzecz biorąc wysiłek powinien być położony na naukę tych przedmiotów, które zdawane dodatkowo decydują o przyjęciu na studia wyższe. Kiedyś było to niesłychanie ważne, ponieważ niepowodzenie groziło poborem do wojska albo koniecznością rezygnacji ze zdobycia wyższego wykształcenia. Teraz czekają z otwartymi rękami niepubliczne szkoły wyższe. Kiedyś stawiały jeszcze jakieś wymagania. Teraz taka polityka dla większości oznaczałaby bankructwo. Oczywiście jest grupa uczelni publicznych i niepublicznych, które starają się trzymać poziom, ale i one coraz częściej muszą się liczyć z realiami życia. Walka o ucznia zresztą się zaostrza, ponieważ pogłębia się niż demograficzny. A to nie sprzyja śrubowaniu jakości. Pewnym wyjątkiem są uczelnie medyczne. Ogromny koszt kształcenia powoduje, że brak medycznych uczelni niepublicznych, a wysokie zarobki lekarzy przyciągają sporo chętnych. Ale to w zasadzie wyjątek, który potwierdza regułę. Wprowadzenie bonu niczego nie zmieni. W obecnych warunkach konkurencja wygrywa nie jakością edukacji, a łatwością ukończenia studiów. Im więcej studentów tym więcej pieniędzy, a ilość nie przechodzi w jakość.
Od wielu lat cały system edukacyjny nastawiony jest na przepychanie uczniów z klasy do klasy. Nabrało to zresztą tempa w ostatnich latach. W szkołach średnich w tym roku po raz pierwszy można było mieć dwie poprawki (wcześniej konieczna była zgoda Rady Pedagogicznej), a nawet zdać do następnej klasy z jedną oceną niedostateczną (po wyrażeniu zgody przez Radę). Kuriozum tej kretyńskiej decyzji MEN-u polega na tym, że promocje uzyskują zarówno ci uczniowie, którzy przez całe wakacje kuli żeby zaliczyć poprawkę i niekiedy wielkim wysiłkiem osiągnęli sukces, jak i ci, którzy uznali że to strata czasu i poprawkę oblali. To prawdziwa "szkoła życia" zafundowana przez MEN-owskich urzędasów. Rada Pedagogiczna może się oczywiście sprzeciwić, ale wtedy jak w banku bedzie miała kontrolę z kuratorium, która na mur beton znajdzie jakieś formalne uchybienia. Kto zresztą lubi kontrole? Dlatego dla świętego spokoju przepycha się największych nieuków wychodząc z założenia, że im szybciej opuszczą szkołę, tym lepiej. To system wymusza takie zachowanie i nikt nie powinien od nauczycieli wymagać herozimu. Tacy upierdliwcy i dziwacy, którzy starają się bardziej odpowiedzialnie podchodzić do swoich obowiązków nie są zresztą dobrze widziani. Po co psuć tak miłą i bezproblemową atmosferę? Przecież życie i tak jest wystarczająco stresogenne. W zasadzie powinni być badani psychiatrycznie, bo chyba coś z nimi nie tak. Do tego dochodzą rodzice, którzy w 90% bronią swoich dzieci jak niepodległości działając tym samym w dłuższej perspektywie na ich szkodę.
To co dzieje się w Polsce nie jest tylko naszą specyfiką. Idziemy drogą, która od wielu lat podąża Europa. Efekty widać było chociażby miesiąc temu w Londynie i innych angielskich miastach. Przegrywamy cywilizacyjny wyścig już nie tylko z Japończykami, ale z Chińczykami, Hindusami i mieszkańcami krajów południowo-wschodniej Azji. Ale bal na Titanicu trwa, a wprowadzenie bonu edukacyjnego nie uratuje tonącego okrętu.
I jeszcze krótko o podręcznikach. Konkurencja jest wtedy kiedy decyzję podejmuje ten kto płaci mając pełną informację o produktach. W przypadku podręczników jest inaczej. Decyzję podejmuje nauczyciel, który nie jest w stanie w pełni porównać ze sobą wszystkich podręczników, a płacą rodzice. Możliwość wyboru stwarza zresztą ogromne komplikacje. Zmiana miejsca zamieszkania w ciągu roku, a przecież mobilność Polaków wzrasta, skutkuje konecznością zakupu nowego kompletu podręczników. Młodsze rodzeństwo nie może być pewne, że wykorzysta podręczniki po bracie czy siostrze. Ceny podręczników wzrastają z powodu kosztów promocji i mniejszych nakładów (nauczyciel rzadko bierze pod uwage cenę, bo przecież nie on płaci). A podręcznik i tak rzadko jest idealny.
Ad1. Uważam że pokutuje odwrócenie pojęć. To nie szkoła ma respektować poglądy rodziców, tylko rodzice powinni móc wybrać szkołę która im światopoglądowo odpowiada. Z racji kontaktów służbowych poznaję zwyczaje panujące w Hong Kongu który stanowi równocześnie Mekkę wszystkich liberałów. Tam w szkołach katolickich spotkać można przedstawicieli różnych wyznań, gdzie naturalnie rodzice nie mają wpływu na program nauczania. To tak jakby pacjent chciał mieć wpływ na metody leczenia. Albo akceptuje albo nie, nie podoba się to szukam innej oferty.
ad3 Zdecydowanie tak, uważam że szkoła to komercja. Nauka kosztuje. Dobra nauka kosztuje więcej. Niestety nie można zrobić rewolucji i sprywatyzować szkół, zatem takie pośrednie rozwiązanie jakim są bony częściowo ten mankament zrekompensuje.
Proszę zwrócić uwagę, i poczytać oferty różnych kursów dokształcających ani to społeczne ani darmowe, ludzie płacą, nierzadko sporo. Jakoś biznes kwitnie bez władzy urzędników.
ad4 to są kolejne propozycje wtrącania się urzędników w metody nauczania, które jak zaznaczyłam na wstępie powinny być wyłącznie kompetencją szkół.
ad9 Wolałabym aby edukację patriotyczną mojego dziecka zostawiono mnie. Szkoła ma przede wszystkim uczyć, a nie robić prania mózgów młodzieży wg aktualnie panujących opcji. Opcji, które jak historia pokazuje nader często się zmieniają. W mojej komunistycznej szkole, pojęcie patriotyzmu bardzo różniło się się od obecnego. ...ale nawet w czasach dzisiejszych na ten temat trwają zażarte dyskusje. Zatem której wersji patriotyzmu ma uczyć szkoła, tej wg Michnika czy tej wg Rydzyka?
Mnie patriotyzmu uczyło harcerstwo, jednakże zanim poszłam na pierwszą zbiórkę, ojciec parę godzin rozmawiał z drużynowym aby poznać jego poglądy i mieć pewność, że oddaje swoje dziecko we właściwe ręce. Przy okazji pozdrawiam Kazimierza Wiatra (senatora) naszego drużynowego.
Generalnie narzekanie na polskie szkoły średnie jest przesadzone. W warunkach jakie państwo serwuje młodzieży, czyli 30 osobowe klasy, przeładowany program to cud, że te dzieciaki, aż tyle potrafią się nauczyć. Świadectwo maturalne, w mojej ocenie odpowiada wiedzy człowieka. Przy rekrutacji personelu zarówno ja, jak i moi przełożeni w pierwszej kolejności patrzymy na świadectwo ukończenia szkoły średniej. Piątka czy obecnie szóstka z matematyki czy fizyki to pewność, że zatrudniana osoba poradzi sobie, na przykład w zawodzie księgowego. Jeszcze nigdy się nie pomyliłam.
Dziękuję Karolowi Winiarskiemu za podjęcie merytorycznej polemiki do przedstawionych propozycji programowych i względnie pozytywną ocenę części z nich. Odniosę się zatem wyłącznie do kwestii, które częściowo krytykujesz, z nadzieją, że przedstawione argumenty chociaż częściowo uznasz za przekonujące.
1. Zwiększenie wpływu rodziców na szkołę osobiście widziałbym w postaci przekształcenia Rad Rodziców w ciała na kształt Rad Społecznych Szpitali, w których zasiadaliby prócz rodziców także przedstawiciele organu prowadzącego i kuratorium oświaty. Takie „Rady Szkoły” mogłyby moim zdaniem otrzymać nawet większe uprawnienia niż obecne Rady Społeczne placówek służby zdrowia.
2. Zgadzam się, że głównym wyznacznikiem jakości szkoły powinien być przyrost wartości edukacyjnych, a nie sam efekt końcowy. Uważam wszak, że już samo postawienie tej kwestii do oceny społecznej da pozytywny impuls. Jeśli do tego dołożymy konieczność przedstawienia programu naprawczego i jego realizacji – sądzę, że ma to szansę przynieść kolejny postęp.
3. Będę się upierał z dwóch powodów. Po pierwsze uważam, że niesłusznie rozciągasz zjawiska ze szkolnictwa wyższego, a częściowo ze szkół średnich na podstawówki i gimnazja. W przypadku tego wcześniejszego etapu edukacji nie liczy się papierek, tylko rzeczywista wiedza i umiejętności. Tutaj konkurencja powinna przynieść wprost pozytywne rezultaty. Po drugie – wydaje mi się, że jesteśmy na etapie przejściowym, o czym mówią zresztą sami zainteresowani (czyli kierujący placówkami edukacyjnymi), a co w jakiejś mierze mam też czasami okazję obserwować zarówno w Polsce jak i za granicą. Otóż przez pewien okres czasu rzeczywiście szkoły, uczniowie i rynek pracy akceptują naukę i „papierek” dowolnej szkoły. Za chwilę jednak (już ma to zresztą miejsce) rynek edukacji – również na szczeblu wyższym – wejdzie (wchodzi) w fazę większej dojrzałości, gdzie prócz uprawnień do nadawania tytułów coraz bardziej zaczyna liczyć się też jakość procesu kształcenia i jego efektów oraz marka danej placówki edukacyjnej. W Polsce szkoły nie wykorzystują jak dotąd potencjału rynkowego, który jest ich immanentną cechą. Mam na myśli wykorzystanie szkoły jako formy „budowy pomnika” dla fundatora. W zalążku są u nas takie inicjatywy, jak np. w Staszicu fundowanie stypendium. Na świecie – zwłaszcza w USA, fundatorzy wznoszą całe obiekty uniwersytecki czy szkolnne, zapewniają utrzymanie tych szkół, łożą na realizacje gigantycznych programów stypendialnych, traktując to jako budowę osobistego pomnika. W jakiejś mierze wydaje mi się, że można mówić w ten sposób o sosnowieckim Humanitasie. Na początku ilość przeważa nad jakością. Z czasem te proporcje powinny, nie tylko moim zdaniem, się odwrócić.
5. Monopol, o ile nie jest naturalny – a na podręczniki takim nie jest - zawsze jest złym rozwiązaniem.
9. Zgadzam się z tym, że postaw patriotycznych trudno uczyć w klasie. Jako sposób widziałbym tutaj otwarcie szkół dla organizacji typu harcerskiego, turystycznego czy sportowego. Można też wiele osiągnąć wprowadzając odpowiednie treści i działy do programu kształcenia i przygotowywania do zawodu nauczyciela.
10. Przekażę sugestię o celowości uzwględnienia uwag i doświadczeń płynących z lekcji religii w szkołach dla rozważenia i ustosunkowania się PJN w swoim programie edukacyjnym również w tej kwestii. Sądzę, że wszystkim zainteresowanym stronom: Społeczeństwu, Kościołowi i Państwu zależy w tej kwestii na tym aby kształtowanie postaw moralnych było skuteczne i tworzyło środowisko sprzyjające godnej i szczęśliwej koegzystencji jednostek w społeczeństwie. Pozdrawiam, KH
Bardzo dobrze, że chociaż na lokalnym szczeblu można dyskutować o programie, a nie "debatować o debatach". Ponieważ od 19 lat przeżywam kolejne etapy reformy polskiego systemu edukacyjnego pozwolę sobie odnieść się do poszczególnych punktów programu PJN-u.
1. Rodzice już dziś mogą mieć spory wpływ na to, co dzieje się w szkole, ale nie zawsze z tego korzystają. Nie za bardzo sobie jednak wyobrażam sytuację, w której szkoła w pełni respektuje proponowany przez rodziców system wartości. Jeżeli w klasie spotkają się dzieci komunistów, faszystów, radiomaryjnych katolików, Świadków Jechowy, liberałów i zdeklarowanych wegan oraz scjentystów to nie wiem w jaki sposób nauczyciel mógłby wszystkich zadowolić. 2. Wprowadzanie programów naprawczych może skończyć się na skomplikowanej biurokracji, z której kompletnie nic nie będzie wynikało. Szkoły, a tym samym i dzieci do nich uczęśzczające, są zresztą różne i nie zawsze wszystko zależy od wysiłków nauczyciela. Pewnym rozwiązaniem byłoby uzależnienie wynagrodzenia nauczyciela od eduakcyjnej wartości dodanej czyli przyrostu wiedzy i umiejętności ucznia w toku procesu edukacyjnego. Jest to jednak trudne do zdiagnozowania i też nie w pełni obiektywne - część uczniów może brać np. korepetycje i ich postępy w żaden sposób nie będą efektem wysiłków nauczyciela w szkole. Ocena pracy nauczyciela to generalnie jeden z najtrudniejszych probelemów w edukacji, na który jeszcze nikt nie znalazł recepty.
3. Zdecydowane nie. Kiedyś byłem gorącym zwolennikiem takiego rozwiązania. Teraz widzę, że zwłaszcza w dobie niżu demograficznego to jakościowa katastrofa edukacyjna. Szkoły, zarówno ponadgimnazjalne jak i wyższe, biorą wszystkich jak leci i maksymalnie zaniżają poziom, aby tylko pozyskać uczniów czyli pieniądze. Rynek pracy w żaden sposób nie weryfikuje jakości wykształcenia - liczy sie papierek. Poziom wiedzy, który dwadzieścia lat temu ledwo wystarczał do zdania matury, teraz spokojnie umożliwia zdobycie wyższego wykształcenia.
4. Pełna zgoda, chociaż w niektórych urzędach wiele to się nie nauczą.
5. Moim zdaniem powinien być jeden podręcznik opracowany przez ekspertów wybranych przez MEN i najlepsze uczelnie wyższe, który następnie za darmo byłby przekazywany uczniom - najlepiej w formie elektronicznej wraz z odpowiednim sprzętem. Jeżeli ktoś myśli, że teraz wszyscy nauczyciele przed wyborem podręcznika dokładnie analizują treść kilku czy niekiedy nawet kilkunastu propozycji różnych wydawnictw, to naprawdę jest bardzo naiwny.
6. Co do metodyków pełna zgoda. Co do awansu również, ale może w tej kwestii jako "wiecznie" mianowany nie jestem obiektywny (zbieranie "papierków" i pisanie pseudosprawozdań powoduje u mnie odruch wymiotny). Biurokratyzacja awansu, chociaż teraz mniejsza niż w czasach, gdy wprowadzano awans, niewiele ma wspólnego z rzeczywistą wartością nauczycieli. Tylko jak tą wartość zmierzyć?
7. Postulat generalnie słuszny. Diabeł tkwi w szczegółach.
8. Jak najbardziej.
9. I tu mam problem. Jako historyk powinien być dwoma rękami za. Ale patriotyzmu na lekcji nikogo nie nauczymy (jak ma wyglądać ten patriotyzm to zresztą temat na odrębną dyskusję). Nowa podstawa programowa ograniczająca nauczanie historii do pierwszych klas szkół ponadgimnazjalnych pozornie idzie w przeciwnych kierunku. Ale w praktyce często nauczyciele nie zdążyli przerobić całego programu i XX wiek był traktowany po macoszemu. Na dodatek w trzeciej klasie liceum jeżeli ktoś nie był na profilu politologicznym czy humanistycznym to i tak w ostatnich miesiącach przed maturą wydarzenia ostatnich kilkudziesięciu lat miał w głębokim poważaniu. Teraz cała pierwsza klasa będzie poświęcona tym zagadnieniom, a wcześniej na egzaminie gimnazjalnym zagadnienia z dziedziny historii i WOS-u będą wyodrębnione z części humanistycznej i osobno oceniane. Ma to oczywiście i gorsze konsekwencje, ponieważ poziom percepcji i możliwości analizowania w pierwszej klasie sa o wiele mniejsze niż w trzeciej, ale idealnych rozwiązań nie ma.
Szkoda, że autorzy nie podjęli problemu religii w szkole. Jej powrót do szkoły dwadzieścia lat temu był typowym samobójem Kościoła, o ile oczywiście odrzucimy twierdzenie, że chodzi nie o wiarę a o demonstrację siły i władzy. Konkordat ogranicza pole manewru, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ograniczyć ilość godzin religii do jednej w tygodniu na każdym poziomie nauczania.
Pozostałe komentarze czytaj na forum.