Dzisiaj jest: czwartek, 9 lutego 2012 r.   Imieniny: Cyryla i Apolonii
12.11.2007, Felietony

Krajobraz po wyborach

Wybory parlamentarne już za nami. Po raz kolejny (to już taka polska tradycja) przyniosły one zmianę u steru władzy. Jednocześnie jednak, pierwszy raz od dziesięciu lat, partia rządząca poprawiła swoje wyniki (zarówno procentowo jak i zwłaszcza ilościowo). Mało kto bowiem pamięta, że w 1997 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał aż o 7% głosów więcej niż cztery lata wcześniej i to mimo katastrofalnej powodzi tysiąclecia oraz związanych z nią niefortunnych wypowiedzi premiera Cimoszewicza. Stało się tak głównie dzięki bardzo dobrej sytuacji gospodarczej, co zresztą w przeważającej mierze spowodowane było reformami przeprowadzonymi na początku lat 90-tych i ogólną dobrą koniunkturą na rynkach międzynarodowych.
REKLAMA
Podobnie sytuacja wygląda i obecnie, chociaż do czynników poprawiających nasze wskaźniki gospodarcze doliczyć należy ogromne wsparcie Unii Europejskiej, którego dziesięć lat temu nie było. Kolejnym podobieństwem rządów SLD i PiS było niewykorzystanie tej wspaniałej koniunktury do przeprowadzenia zasadniczych reform (np. finansów publicznych). Dodatkowe środki wypracowane przez gospodarkę zostały po prostu przejedzone. W poprzedniej dekadzie zaowocowało to poważnym spowolnieniem wzrostu gospodarczego. Jeżeli nasza gospodarka w najbliższych latach zwolni (wskaźnik koniunktury w ostatnich trzech miesiącach i prognozy ekspertów wydają się na to wskazywać), a gospodarka światowa przeżyje załamanie (niedawny kryzys na rynku kredytów hipotecznych w USA i rekordowe ceny ropy mogą oznaczać początek chudych lat), to legendarna dziura Bauca z 2001 roku (deficyt budżetowy sięgający 90 mld zł. – nazwa pochodzi od nazwiska ministra finansów z rządów AWS) ponownie stanie się realnym problemem.

Utrata władzy przez SLD w 1997 r. była efektem zjednoczenia polskiej centroprawicy po bolesnej lekcji jaką były wybory parlamentarne w roku 1993 (startujące samodzielnie prawicowe partie nie przekroczyły progu wyborczego). Tym razem powód utraty władzy przez rządzącą partię był inny. Zadecydowała frekwencja - najwyższa w wyborach parlamentarnych od roku 1989. A to z kolei paradoksalnie „zasługa” premiera Kaczyńskiego. Agresywny język, „granie” służbami specjalnymi i prokuraturą, a także dokonany z powodów taktycznych podział społeczeństwa na zwolenników i przeciwników PiS-u, napędził Platformie miliony nowych wyborców. Można zaryzykować tezę, że większość z nich to nie tyle sympatycy PO, co przeciwnicy sposobu sprawowania władzy przez rząd Jarosława Kaczyńskiego.

Zachwyty większości mediów i polityków nad frekwencją wyborczą i wynikami wyborów są co najmniej przesadzone. Wzrost ilości głosujących o kilka milionów wyborców nie zmienia faktu, że w dalszym ciągu prawie połowa dorosłych Polaków nie widzi powodu, dla którego miałaby poświęcić kilkanaście minut w ciągu kilku lat, aby wybrać swoich przedstawicieli do Sejmu i Senatu. Jeszcze większe zaniepokojenie wzbudzają zmiany preferencji wyborczych w ciągu kilku ostatnich tygodniach przed dniem elekcji. Jeżeli jedna prezentacja w prokuraturze czy jedna debata wyborcza potrafią radykalnie odmienić sympatie polityczne sporej grupy Polaków, to źle to wróży polskiej demokracji. Wynika bowiem z tego, że mniej ważne są rzeczywiste osiągnięcia rządzących czy propozycje programowe opozycji. Wystarczy przeprowadzić sprawną kampanię wyborczą, zabłysnąć zdolnościami erudycyjnymi i oratorskimi przed telewizyjną kamerą (jak się okazuje dokładnie wyćwiczonymi pod okiem zawodowego specjalisty od kreowania wizerunku), czy też w odpowiednim momencie ujawnić dowody zdobyte w śledztwie (przykład Beaty Sawickiej pokazuje, że może to być broń obosieczna i należy jej używać ze szczególną starannością), aby uzyskać dodatkowe głosy i przeważyć wyborczą szalę na swoją korzyść. Czym to się różni od sprzedaży nowego (a w zasadzie ulepszonego) proszku do prania czy pasty do zębów? Tylko tym, że tam ważne są wyniki sprzedaży osiągane w dłuższym okresie czasu, a w wyborach liczba głosów oddanych w ten jeden wyborczy dzień. To, co będzie się działo przez kolejne miesiące i lata, to już sprawa drugoplanowa. Odszkodowanie za wadliwe działanie wybranego „towaru” w tym przypadku nie jest przecież przewidziane.

Przegrani liderzy PiS-u zapowiadają, że za cztery lata powrócą do władzy. Twierdzą jednocześnie, że już wkrótce kiedy okaże się, że przedwyborcze obietnice Platformy były jedynie mamieniem naiwnych wyborców, poparcie dla tej partii gwałtownie spadnie. Są to raczej pobożne życzenia. Platforma nie wygrała wyborów z powodu powszechnego oczekiwania Polaków na zapowiadany „cud gospodarczy”. To zresztą jedno z najgłupszych i co więcej z bardziej szkodliwych haseł jakie w życiu słyszałem - sugeruje bowiem, że wystarczy zmienić rządzących i bez żadnego własnego wysiłku uzyska się poziom życia podobny do japońskiego (o przepraszam, irlandzkiego). Większość popierających PO wyborców chciała po prostu zmiany stylu rządzenia i retoryki sprawujących władzę. A to najprawdopodobniej stanie się faktem. Donald Tusk ma zresztą w tej sprawie dwóch mocnych pomocników. To bracia Kaczyńscy. Ich wypowiedzi po wyborach pokazują, że klęska niczego ich nie nauczyła. To może dobry sposób na skonsolidowanie najbardziej wiernego elektoratu, ale też najlepsza droga do powolnej marginalizacji i kolejnych wyborczych porażek. Korzystać z tego może zresztą nie tylko Platforma (jeżeli tylko nie będzie kompromitowała się takimi posunięciami jak: odrzucanie kandydatury Zbigniewa Romaszewskiego na wicemarszałka Senatu czy forowanie Stefana Niesiołowskiego na wicemarszałka Sejmu), ale też i LiD, który będzie miał dzięki temu szansę stać się główną siłą opozycji. Rezygnacja trzech wiceprzewodniczących PiS w proteście wobec sposobu kierowania partią może wskazywać na narastający kryzys wewnętrzny w wydawałoby się monolitycznej partii. Jeżeli notowania PiS-u przez dłuższy czas będą dalekie od wyników Platformy może się powtórzyć historia, którą Jarosław Kaczyński przeżył w Porozumieniu Centrum.

Sukces lub porażka Platformy nie zależy niestety od stopnia wypełnienia przedwyborczych obietnic i realizacji ich własnego programu. Za cztery lata nikt nie będzie pamiętał, co obiecywał w 2007 roku Donald Tusk. Gdyby zresztą już dzisiaj zapytać Polaków, co takiego zapowiadała w kampanii wyborczej PO, to większość z nas miałaby spore problemy z precyzyjną odpowiedzią na to pytanie. Wiemy tylko, że ma być lepiej. I z tego właśnie rozliczana będzie w następnych wyborach Platforma. Jeżeli rządzącym uda się to osiągnąć, to po raz pierwszy w historii polskiej demokracji będą mieli realną szansę utrzymania władzy. A w jaki sposób zostanie to osiągnięte, nie będzie miało większego znaczenia. Z drugiej strony niezadowolenie ze sprawujących władzę, nawet, jeżeli przyczyny będą leżały poza Polską (np. w światowym kryzysie gospodarczym), przyniesie kolejną zmianę władzy. Czy będzie to powrót do władzy PiS-u, czy reaktywacja lewicy czy też powstanie jakaś nowa formacja polityczna zdobywając serca Polaków tego nikt nie jest w stanie obecnie przewidzieć.

Wybory parlamentarne nie mają zwykle bezpośredniego przełożenia na sytuację w organach samorządu terytorialnego. Podobnie jest i tym razem. Odejście na Wiejską dwóch wiceprzewodniczących Rady Miejskiej niewiele zmienia w istniejącym układzie sił - na miejsce Jarka Pięty i Grześka Pisalskiego wchodzą przecież kolejni radni z ich list wyborczych. Brak konieczności przeprowadzania kosztownych przedterminowych wyborów to zresztą jedna z zalet ordynacji proporcjonalnej, o której zwolennicy ordynacji większościowej nie chcą pamiętać. Trudno jednak nie zauważyć znaczącego wzrostu poparcia dla Platformy Obywatelskiej, która z takimi notowaniami mogłaby zdobyć bezwzględną większość mandatów w wyborach do Rady Miejskiej Sosnowca. Z drugiej strony bardzo słaby wynik LiD (gorszy nawet od wyniku SLD sprzed dwóch lat) może oznaczać, że wydawałoby się wieczna dominacja lewicy w Zagłębiu ostatecznie przechodzi do historii. A to może się już przekładać na decyzje zapadające wśród gremiów kierowniczych tych ugrupowań.

Jeszcze kilka tygodni temu ewentualna kolejna reelekcja Kazimierza Górskiego wydawała się rzeczą praktycznie przesądzoną. Prawie każdy urzędujący prezydent ma na starcie poparcie co najmniej kilkunastu procent wyborców. Jeżeli dochodzą do tego głosy oddawane przez sympatyków partii z ramienia której kandyduje oraz dobrze przeprowadzona kampania wyborcza, to pokonanie go przez osobę mniej znaną graniczy z cudem. Stąd spektakularny sukces Kazimierza Górskiego w ubiegłorocznych wyborach i zdecydowane zwycięstwo już w pierwszej turze. Dzisiaj jednak, gdy lewica zamiast odrodzenia wydaje się pogrążać w kryzysie, nie może on być już pewny reelekcji. Nie znaczy to oczywiście, że nawet w przypadku całkowitej anihilacji SLD Kazimierz Górski nie będzie miał żadnych szans. Dalej uważam go za zdecydowanego faworyta przyszłych wyborów. Jego szanse w dużym stopniu zależeć będą od tego z kim przyjdzie mu się zmierzyć w wyborczym pojedynku.

Kto może stać się pogromcą Kazimierza Górskiego? Wyniki wyborów parlamentarnych wydają się wskazywać na kandydata zgłoszonego przez Platformę Obywatelską. Czy jednak Platforma jest w ogóle zainteresowana walką o prezydenturę? Na kilka dni przed ostatnimi wyborami jej zagłębiowski lider Grzegorz Dolniak pozostający ostatnio w bardzo dobrych stosunkach z sosnowieckimi działaczami PO, uznał Kazimierza Górskiego za bardzo dobrego gospodarza. Czy w tej sytuacji wystawienie konkurencyjnego kandydata na Prezydenta miałoby jakikolwiek sens? Po co zmieniać kogoś, kto odnosi sukcesy? Słuchając ciągłych narzekań niektórych radnych Platformy na współpracę z Kazimierzem Górskim oraz znając ich „pragnienie władzy” (skądinąd zupełnie naturalne w polityce) jestem pewien, że moi dawni partyjni koledzy podejmą kolejną próbę wysadzenia ostatniej ostoi lewicy z prezydenckiego siodła. Większość wyborców i tak przecież nie orientuje się jaka koalicja rządzi w Sosnowcu. A tym, którzy bardziej interesują się lokalną polityką wmówi się, że Platforma współrządziła z SLD w „poczuciu odpowiedzialności za rozwój miasta” i „dla dobra mieszkańców Sosnowca”, a za wszystkie porażki odpowiada zły Prezydent, który nie realizował wspaniałych pomysłów PO. W końcu nie tylko Jacek Kurski uważa, że „ciemny lud to kupi”.

Kluczową sprawą pozostaje jednak osoba kandydata Platformy na urząd prezydenta Sosnowca. Jarosław Pięta ubiegający się o tę funkcję w ubiegłym roku nie uzyskał nadzwyczajnego wyniku. Jako jedyny z liczących się kandydatów dostał o wiele mniej głosów niż popierające go ugrupowanie, i to mimo bardzo ekspansywnej kampanii wyborczej. Teraz jednak Jarek został posłem, co zmienia dość wyraźnie jego sytuację. Jako jedyny sosnowiecki parlamentarzysta rządzącej partii ma możliwość skutecznego lobbowania na rzecz naszego miasta w Warszawie. Ewentualne sukcesy odpowiednio nagłośnione mogą uczynić go poważnym konkurentem dla Kazimierza Górskiego.
Platforma ma oczywiście możliwość wystawienia innego kandydata. W chwili obecnej w grę wchodzą jeszcze dwie osoby. Mateusz Rykała, przewodniczący sosnowieckiej Platformy z racji pełnionej funkcji pełnomocnika prezydenta ds. rozwoju miasta i posiadanego doświadczenia zawodowego jest z pewnością najlepiej przygotowanym działaczem PO do pełnienia tej funkcji. Niestety, w Polsce to nie wystarczy do wygrania wyborów, a Mateusz od czasu wyborów jest postacią całkowicie niewidoczną. Trudno mu zresztą byłoby odciąć się od polityki Prezydenta Górskiego po kilkuletniej lojalnej współpracy. Daniel Miklasiński, obecny przewodniczący Rady Miejskiej, jako postać dość znana w Sosnowcu, miałby z kolei spore szanse na pozyskanie elektoratu nie kierującego się wyłącznie sympatiami politycznymi. Wątpię jednak, żeby funkcja prezydenta Sosnowca była szczytem marzeń Daniela, który wygląda na człowieka spełnionego.

Swojego kandydata wystawi oczywiście także Prawo i Sprawiedliwość. W chwili obecnej jego szanse wydają się być czysto teoretyczne, ale gdyby notowania PiS-u w ciągu najbliższych lat wzrosły, to sytuacja w Sosnowcu też uległaby zmianie. Problemem sosnowieckiego PiS-u jest brak znanego kandydata. Jedyną wyrazistą, niektórzy twierdzą że zbyt wyrazistą, postacią jest Krzysiek Haładus. Radykalizm poglądów Krzyśka nie jest jednak atutem przy ubieganiu się o poparcie większości mieszkańców Sosnowca. Na dodatek poglądy te często niewiele mają wspólnego z dość etatystycznymi poglądami PiS-u w sprawach społeczno-gospodarczych. Czy będący w opozycji PiS (a to zawsze powoduje prosocjalną radykalizację politycznej retoryki) ponownie postawi na człowieka o twardych liberalnych poglądach w sprawach gospodarczych?

Niezależnie od tego kto ostatecznie będzie reprezentował PO i PiS w wyborach prezydenckich działacze obydwu partii powinni pamiętać, że w przypadku drugiej tury wyborów potrzebne im będzie poparcie pozostałych nielewicowych ugrupowań w Sosnowcu. A to nie zostanie udzielone w sposób automatyczny i bezwarunkowy. Dotyczy to zwłaszcza Platformy Obywatelskiej. Dotychczasowa polityka całkowitego pomijania opozycji przy obsadzie funkcji w Radzie Miasta, które zostały wbrew dobremu politycznemu obyczajowi potraktowane jako łup polityczny koalicjantów, może mieć na przyszłość katastrofalne skutki wyborcze. Pojawia się właśnie szansa zerwania z tą szkodliwą praktyką. Zdobycie mandatu poselskiego przez dwóch wiceprzewodniczących Rady daje szansę uczynienia z Prezydium Rady Miejskiej ciała bardziej reprezentatywnego. Przykładem może być wybrane niedawno Prezydium nowego Sejmu, gdzie mimo zdecydowanej przewagi koalicji PO-PSL znalazło się miejsce dla przedstawicieli opozycyjnych partii - PiS-u i LiD-u. Poparcie kandydata zgłoszonego przez jedyny w sosnowieckiej RM klub opozycyjny wymaga jednak umiejętności patrzenia w przyszłość. Jak dotychczas działacze sosnowieckiej Platformy nie wykazywali się dalekowzrocznością, a ich przekonanie o własnej wielkości niejednokrotnie było boleśnie weryfikowane przez wyborców. Czy dojrzeli już do weryfikacji swojej dotychczasowej polityki? Szczerzę powiedziawszy wątpię.

Karol Winiarski
KOMENTARZE
Redakcja portalu Sosnowiec Online sosnowiec.info.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczanych przez użytkowników. Jednocześnie zastrzega sobie prawo do kasowania wypowiedzi zawierających treści zabronione przez prawo, wulgarne, obraźliwe lub promujące jakiekolwiek usługi czy produkty, zawierające linki do innych stron internetowych, a także nie związanych z tematem artykułu.

REKLAMA
titlePracownicy Bitronu chcą strajkować

Za strajkiem opowiedziało się niemal 89 proc. pracowników Bitronu, którzy wzięli udział w referendum dotyczącym protestu przeciw redukcji zatrudnienia.

titleCzarni halowym mistrzem Zagłębia

Po 7 latach zespół Czarnych Sosnowiec odzyskał miano najlepszej halowej drużyny piłkarskiej w Zagłębiu Dąbrowskim. W finale tegorocznej edycji mistrzostw Czarni pokonali obrońców tytułu sprzed roku - Zagłębie Sosnowiec.

REKLAMA