Miała być huczna inauguracja, walka, ogłuszający doping i komplet punktów. Wszystko to prawie było dzisiaj na Stadionie Zimowym w wykonaniu sosnowiczan podczas starcia Zagłębia z STS Ciarko Sanok. Zabrakło tylko tego ostatniego…
Pierwsze sekundy bitwy na lodzie były świetne w wykonaniu gospodarzy, mimo że z powodu zaległości finansowych i niedomówień transferowych nie zagrała połowa podstawowego składu i dziury w składzie były łatane juniorami. Ekipa Zagłębia rzuciła się na rywali jak wataha wygłodniałych wilków na zwierzynę i w 3. minucie mogła prowadzić. Niestety dla Zagłębia,
Łukasz Podsiadło z najbliższej odległości trafił w bramkarza.
Z minuty na minutę było już coraz gorzej, a gra sosnowiczan wyglądała tak, jak małych żaków Zagłębia, którzy wystąpili w krótkiej gierce przed rozpoczęciem tego meczu.
Rolba w przerwie była szybsza na lodzie. Paka z Sanoka odpowiedziała na przewagę Zagłębia błyskawicznie i co najgorsze dla sosnowieckiego zespołu, zabójczo skutecznie. Co strzał na bramkę Dzwonka, to gol. Sanoccy hokeiści bezlitośnie wykorzystali grę w przewadze po głupich faulach hokeistów Zagłębia i gdy na tablicy wyników widniał wynik 0:4, niektórzy fani zaczęli opuszczać Zimowy.
Trener Matczak musiał swoim „żołnierzom” nieźle nagadać w przerwie, bo Zagłębiacy wreszcie ruszyli do ataku. Wciąż jednak chaotyczne kontry, jak dzisiejsze ich stroje (połowa ubrana na biało-zielono, połowa na biało-czerwono) i nazwiska na plecach (Jaskólski wystąpił w trykocie Stępnia, Kret jako Mazurek, Gorczyca jako Dronia, Stokłosa jako Baranyk, a Jarnutowski jako Dołega) nie przynosiły oczekiwanego efektu. Wreszcie jednak bracia
Tomasz i Marcin Kozłowscy oraz
Piotr Sarnik dali sygnał do ataku, zdobywając dwa gole i wydawało się, że losy spotkania mogą się odwrócić. – Musimy mieć normalny skład, żeby to inaczej wyglądało – rozkładał ręce
Wojciech Matczak. – Były sumienne przygotowania, ale wszystko legło w gruzach wczoraj popołudniu. Musieliśmy od nowa budować drużynę i nic nowego nie wymyślimy w najbliższym czasie. Chcieliśmy zagrać pressingiem, po części to pokazaliśmy. Można żałować, że nie ustawiłem zespołu bardziej ofensywie przez całe starcie, ale wtedy mogłoby się to źle skończyć, bo nikt by tego nie wytrzymał.
Jednak w kluczowym momencie, przy stanie 2:4 sosnowiczanie zarobili znów niepotrzebne kary, a ekipa z Sanoka zadała decydujące ciosy, po których, przy wyniku 3:6, gospodarze mimo zażartej walki już się nie podnieśli. A były ku temu okazje, jednak
Marcin Jaros i Podsiadło spudłowali. Jak się okazuje, montowanym na ostatnią chwilę składem nie można wygrać z solidną ekipą Sanoka. Przykre jest jednak to, że polscy zawodnicy wspierani juniorami mają niewielkie szanse z hokeistami zza naszej południowej granicy, co dobitnie pokazał dzisiejszy mecz. – Szkoda, że z 35 zawodników, którzy zaczynali przygotowania, zostało praktycznie dziesięć osób – kręcił głową rozczarowany Jaros. – To w kolejnym starciu w Krynicy się nie zmieni, najwcześniej za tydzień. Jest nam przykro, bo była to inauguracja, przyszło sporo kibiców. Daliśmy z siebie wszystko, ale w takim okrojonym zestawieniu nie da się wygrać meczu. Chłopaki ledwo żyją. W tylu robiliśmy wszystko, żeby wygrać ten mecz. Nie udało się, doszły też nasze błędy, straciliśmy głupie bramki i przegraliśmy.
Redakcja portalu Sosnowiec Online sosnowiec.info.pl nie
ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczanych przez użytkowników.
Jednocześnie zastrzega sobie prawo do kasowania wypowiedzi zawierających
treści zabronione przez prawo, wulgarne, obraźliwe lub promujące jakiekolwiek
usługi czy produkty, zawierające linki do innych stron internetowych, a także nie związanych z tematem artykułu.