Nie tak siatkarze MKS-u MOS Interpromex Będzin wyobrażali sobie ostatni weekend karnawału. Miał być szampan i dobra zabawa po wygranej nad słabiutkim AZS-em PWSZ Nysa, tymczasem będzinianie schodzili z parkietu wściekli i wciąż nie mogą być pewni utrzymania. Przegrana z nyską ekipą mocno komplikuje sprawę pozostania podopiecznych Alberta Semeniuka w szeregach I ligi, choć sytuacja jeszcze nie jest dramatyczna.
Początek spotkania nie zapowiadał problemów. MOS cały czas utrzymywał kilkupunktową przewagę, dzięki wspaniałej grze
Piotra Gabrycha w ataku i świetnym blokom
Rafała Legienia,
Grzegorza Nowaka i
Przemysława Kasparka. Od stanu 7:6 będzinianie przyśpieszyli i goście z Nysy nie mieli wiele do powiedzenia.
Przewaga rosła z minuty na minutę i przy stanie 18:12 było pewne, że pomimo świetnej gry w ataku i zagrywce
Michała Żuka, akademicy nie są w stanie zagrozić gospodarzom.
Problemy zaczęły się na początku drugiej partii. Będzinianie psuli dużo zagrywek, a dodatkowo Gabrych opadł z sił i nie był już tak skuteczny. Na szczęście sprawy w swoje ręce wzięli Nowak oraz Legień i przewaga gości w tej odsłonie nie była aż tak widoczna. Przyzwoicie spisywał się również w ataku
Mateusz Mędrzyk i wprowadzony za Nowaka
Bartosz Dzierżanowski. Gdy w końcówce wydawało się, że ta partia rozstrzygnie się w walce na przewagi, gospodarze pomylili się w ataku, a dobił ich atomową zagrywką Żuk, której nie przyjął Legień.
Trzecia odsłona to festiwal błędów w ataku Legienia i zagubionego pod siatką Kasparka. Trener Semeniuk starał się zmienić obraz gry wprowadzając
Dariusza Sygułę oraz
Damiana Millera, ale efekty były marne. Na domiar złego w ataku szalał nie tylko Żuk, ale także
Dawid Migdalski,
Paweł Szabelski i
Adrian Szlubowski. Jedynie Legień po stronie będzinian dorównywał im atakami, ale było to stanowczo za mało na rozpędzoną ekipę z Nysy.
W czwartym secie trener Albert Semeniuk dał szansę rezerwowym na odwrócenie losów spotkania. Na boisku pojawili się
Damian Zborowski i
Adam Łapuszyński. Obaj zagrali na dobrym poziomie w ataku, a dodatkowo Zborowski popisał się soczystym blokiem na świetnie grającym Żuku i dał wyrównanie (20:20) gospodarzom, choć MKS MOS przegrywał już 13:17. W ekipie akademików również Szebelski i Szlubowski dali się mocno we znaki obronie rywali. Niestety, w samej końcówce spotkania to przyjezdni zachowali więcej zimnej krwi i w grze na przewagi okazali się lepsi.
Po meczu gospodarzom było bardzo trudno przełknąć gorycz porażki, a pod będzińską szatnią było bardzo głośno. - Jestem załamany po tym spotkaniu - powiedział Semeniuk. - Nie tak wyobrażaliśmy sobie ostatni weekend karnawału, dlatego odbyłem z zawodnikami twardą, męską rozmowę. Mimo, że jesteśmy beniaminkiem, to nie może być tak, że wygrywamy na wyjeździe, a potem u siebie przegrywamy z zespołami, które powinniśmy pokonać bez problemu. Gdybyśmy wygrali z Nysą, mielibyśmy spokojne miejsce w szóstce, gwarantujące utrzymanie. A tak dalej nie jesteśmy niczego pewni i do końca będziemy musieli bronić się przed miejscem w barażach. W najbliższych dniach zapadnie decyzja, czy zarząd wyciągnie konsekwencje ze słabej postawy zespołu - dodał rozczarowany trener.
Redakcja portalu Sosnowiec Online sosnowiec.info.pl nie
ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczanych przez użytkowników.
Jednocześnie zastrzega sobie prawo do kasowania wypowiedzi zawierających
treści zabronione przez prawo, wulgarne, obraźliwe lub promujące jakiekolwiek
usługi czy produkty, zawierające linki do innych stron internetowych, a także nie związanych z tematem artykułu.